Wirusy, alergie i Kalifornia_część 2, ostatnia

Huuuraaaa! Żyjemy i mamy się nie najgorzej. Szymek-cyborg jako jedyny się uchował i zdrowo trzymał cały czas. Dwójka naszych starszych dzieci czuje się już zupełnie normalnie, a najmłodsze i ja od dzisiejszego poranka również całkiem OK. (Dzięki Ci Boże za Paracetamol i Benadryl – leki, które pozwoliły mi przetrwać ostatnie 2 dni!) Wczoraj cały dzień padało, co mnie bardzo cieszy, bo deszcz łagodzi objawy alergii. Mogę dzisiaj zatem zakończyć krótką opowieść o tym, jak to było z tą Kalifornią i dlaczego ostatecznie wylądowaliśmy w Karolinie Północnej. Posłuchajcie…

Kiedy Szymuś i Madzia dowiedzieli się o wygranej na loterii, spontanicznie oboje krzyknęli: „Yeaaaah! Jedziemy do Kalifornii”! Od tamtego pamiętnego dnia do momentu wyjazdu minęło 19 miesięcy (nasz proces trwał wyjątkowo długo, bo wylosowaliśmy odległy numer, który był rozpatrywany w ostatnim miesiącu przyznawania „zielonych kart”), w czasie których nasze pomysły na miejsce zmieniały się jak w kalejdoskopie. Po przestudiowaniu każdego stanu, Kalifornia przestała być oczywista ze względów finansowych. W zasadzie każdego tygodnia mieliśmy miałam inny typ… Ok, nie będę ściemniać, bo Ci co mnie znają i czytają wiedzą jak było – ja byłam STRASZNIE niezdecydowana. Szymek, jako umysł analityczny, podszedł do tego profesjonalnie. Stworzył tabelkę w Excelu (Szymuś jest wielkim fanem Excela i w odróżnieniu do mnie porusza się znakomicie w arkuszach:) ), do której wpisywaliśmy miasta nas interesujące oraz wartości, które miały dla nas znaczenie (możliwości pracy, pogoda etc.), a następnie wpisywaliśmy punkty od 1 do 10. W dalszej kolejności każda wartość była odpowiednio przewagowana i uśredniona, i mieliśmy swój super ranking.  Od samego początku na pierwszy plan wysunęło nam się Raleigh w Karolinie Północnej, więc dla Szymka sprawa była oczywista. Dla mnie NIE. Czysta kalkulacja mówiła – Karolina Północna. Serce – Kalifornia!!! A czemu Kalifornia? – pogoda, pogoda, pogoda, ocean, ocean, ocean, możliwości pracy dla nas obojga (IT, marketing) oraz… pogoda i ocean 😉 Szymek wyszedł z założenia, że każde miejsce będzie mu się podobało, więc wybór pozostawił mnie (było to zdecydowanie złe posunięcie, bo ja mam problem z wyborem płatków śniadaniowych, a co dopiero z tak ważną decyzją jak miejsce zamieszkania!?). Oprócz Raleigh i Orange County (tuż obok Los Angeles) pojawiały się oczywiście jeszcze kilkanaście innych miast z przeróżnych stanów – od Seattle w Waszyngtonie, Austin w Teksasie, Jacksonville na Florydzie, aż po Nowy Jork i Boston. Rzuty kośćmi, losy – nic nie pomagało. Istny kocioł! Wystawiłam Szymka cierpliwość na najcięższą z prób, ale dzielnie znosił wszelkie zmiany, mając nadzieję że kolejny wybór będzie ostateczny. Czas mijał, a ja wciąż nie wiedziałam GDZIE. Zbliżał się czas Świąt Bożego Narodzenia i czułam już presję wyboru, dlatego… kupiliśmy bilety do Los Angeles! Skąd ta decyzja? – odruch serca 🙂 I kiedy wydawało się, że już wszystko wybrane… kolejny raz zmieniłam zdanie (tadaaaam!) na Karolinę Północną. Skąd TA decyzja? – liczby w tabelce w Excelu 🙂 I przy tej decyzji zostałam/ zostaliśmy. Problem leżał w tym, że mieliśmy już kupione bilety do Los Angeles, których nie tylko nie mogliśmy zwrócić czy zamienić, ale dodatkowo mogliśmy zostać obciążeni karą finansową. Co zatem zrobiliśmy? Dokupiliśmy bilety z Los Angeles do Raleigh i z powrotem! I stąd nasza 10-godziny pobyt w Kalifornii!

W pierwszą stronę lecieliśmy trasą: Warszawa  -> Paryż -> Los Angeles -> Charlotte -> Raleigh. Łącznie jedyne 36 godzin w podróży. Czy wspominałam, że boję się latać??? Jak wsiadałam w samolot z Charlotte do Raleigh było mi już tak wszystko obojętne, że żadne odgłosy silnika czy turbulencje nie robiły na mnie wrażenia (czasem zmęczenie ma swoje dobre strony). W kaaażdym razie nasze 10 godzin w Kalifornii, mimo ogromnego zmęczenia, były super udane. Spędziliśmy je w towarzystwie naszych znajomych J. & J. (jeśli to czytacie – pozdrawiamy Was serdecznie), którzy zawieźli nas na plażę do Santa Monica i Venice, a następnie zaprosili do fajnej knajpy z pysznym jedzeniem i równie dobrymi drinkami 🙂 Wrażenia z Kalifornii? – ciepło, palmy, piękne widoki… ocean, wzgórza… i ogromny niedosyt. Po tym mini pobycie w głowie powtarzałam sobie: „Karolino Północna, proszę, bądź dla nas łaskawa! Nie okaż się jakąś ponurą norą bez pogody!” (póki co jest łaskawa i nie jest ponura). W trwającej 36 godzin drodze powrotnej z Raleigh do Warszawy, a dokładnie Raleigh -> Los Angeles -> Nowy Jork -> Paryż -> Warszawa, ponownie zawitaliśmy na 10 godzin w Kalifornii. Tym razem nasza wizyta ograniczyła się do zwiedzania…. lotniska (przybyliśmy na LAX w Los Angeles o 22:00, a wylot mieliśmy o 8:00 rano). Mimo niebywałego zmęczenia nie było tragedii, bo: 1. Noc była ciepła i robiliśmy sobie spacery w obrębie lotniska – mam fantastyczne zdjęcie z palmą! :), 2. Przy odprawie następnego dnia otarłam się o Hollywood!, a dokładniej – tuż przede mną stała aktorka Sarah Paulson!!! (tym, którzy nie wiedzą kto zacz, odsyłam do Google’a). Ok, przyznaję, „stała” to wyolbrzymienie… przemknęła, kierując się do pierwszej klasy. My, plebs, lecieliśmy niestety drugą (jeszcze!).

Naszą wizytę w Kalifornii można podsumować w jednym zdaniu: było pięknie, super krótko i na pewno tam jeszcze powrócimy. A poniżej parę zdjęć (sorry za fatalną jakość) na dowód, że tam byliśmy.

P.S. Szymek zaklina się, że czuł drżenie ziemi, jak byliśmy na lotnisku. Jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenie 🙂

Oznaczone , ,

3 thoughts on “Wirusy, alergie i Kalifornia_część 2, ostatnia

  1. Zwolnił się właśnie dom obok nas, może jednak się skusisz? 😉

  2. Sprostuję! Rzucaliśmy monetą w 4 osoby, było losowanie. Wygrał Texas, nawet M. wybrała Austin! 🙂

    1. Hahaha, to prawda. Czego to dowodzi? – mojemu „zdecydowaniu” 🙂

Dodaj komentarz