Tygrysy, kangury, król Julian… byliśmy w Safari Zoo!

Daaaawno nie pisałam! (Wszystkich fanów, którzy z utęsknieniem wyczekiwali naszego kolejnego posta przepraszamy i prosimy o wybaczenie 😉 ) Wydarzeniem ostatnich dni była… zakupiona KANAPA! Tak, tak, po równo trzech miesiącach od naszej przeprowadzki już nie siedzimy wyłącznie na dywanach (mimo że nie lubię takiego wykończenia to jednak na twardej podłodze nie byłoby równie miękko) czy na ławie i krzesłach od stołu. Co to znaczy??? Że pan domu – mr Simon Kordashian – poszedł do pracy zarabiać grube miliony (no dobra, pospieszyłam się… stołka prezesa nie ma… JESZCZE!) i zaczynamy powoli gromadzić dobra.*  Ale do rzeczy/tematu…

Byliśmy dzisiaj w Safari Zoo! Zupełnie spontanicznie, jak to często u nas bywa, zmieniliśmy nasz plan wycieczki z wypadu nad ocean na wypad do zoo. Pogoda od paru dni nie rozpieszcza… Obecnie jest marne 20 stopni i potrafi padać!?!? Koszmar, prawda???? (Pozdrowienia dla wszystkich bliskich z PL, których właśnie drażnię narzekaniem na pogodę, hahahaha). W związku z obecnym załamaniem pogody LOL, uznaliśmy że nad ocean nie ma sensu się wybierać i pojechaliśmy pooglądać zwierzęta. Zoo oddalone jest od nas 45 min jazdy, więc dzieciaki specjalnie nie narzekały, ufff. Za wejście naszej 5- osobowej rodziny zapłaciliśmy łącznie $48. W cenie znalazła się opłata za ‚safari tour’, jedzenie dla zwierząt (szok dla nas największy, ale skoro można to kupiliśmy i wszyscy chętnie karmiliśmy) oraz marchewki dla żyrafy 🙂 Dumnie brzmiąca nazwa ‚Safari tour’ to nic innego jak  15-minutowa przejażdżka po dużym obszarze zoo, gdzie można było zobaczyć więcej większych zwierząt typu gnu, wielbłądy, zebry itp. oraz DOKARMIAĆ JE CHLEBEM!? Taaaaak, w długiej przyczepie turystycznej czekały chleby tostowe do dokarmiania zwierząt! Cóż, wzięliśmy udział w zabawie, pilnując jednocześnie by dzieci nie brały do buzi (sprawdziłam nawet termin ważności i pieczywo było świeże… na niektórych opakowaniach widniał nawet napis, że jest organiczne, hahaha). Duża frajda dla dzieciaków i dla nas! Następnie karmiliśmy żyrafę marchewką z ręki (co bardzo mi się podobało to fakt, że obok stał płyn do dezynfekcji obślinionych rąk:) ) oraz zrobiliśmy długi spacer podziwiając różne ciekawe okazy. Muszę przyznać, że wszyscy mieliśmy masę frajdy. Nasza najmłodsza, niespełna 2-letnia córeczka również wykazywała nadzwyczajne zaciekawienie. A co nam dorosłym najbardziej się podobało? Szymkowi – tygrys, nad wyraz aktywny i ożywiony, mnie – kangur, którego pierwszy raz miałam okazję zobaczyć i to tak bardzo z bliska. Aaaa no i paw, który dumnie przechadzał się wśród odwiedzających, niewiele robiąc sobie z ich obecności. To były bardzo fajnie spędzone dwie godziny i ogólnie super niedziela!

* Więcej prywaty w następnym poście.

Oznaczone , ,

2 thoughts on “Tygrysy, kangury, król Julian… byliśmy w Safari Zoo!

  1. Extra! Szkoda, że u nas nie można karmić zwierzątek.
    Tylko ten kangur… widziałaś kangura, ale mogłaś zapomnieć, bo kilka lat temu uciekł z warszawskiego ZOO i na Sadybie go widziano 😉

    Buziaki dla Was!
    XXX

    1. Możliwe, ale musiało to być baaaardzo dawno, bo nie pamiętam. Ten kangur wydawał mi się moim pierwszym w życiu, hahaha.
      Buziaki!

Dodaj komentarz