Pół roku minęło…

W miniony poniedziałek, tj. 15 sierpnia, stuknęło dokładnie pół roku odkąd opuściliśmy Warszawę i tym samym rozpoczęliśmy naszą przygodę w Stanach. Decyzja o wyjeździe była najtrudniejszą, z jaką przyszło mi się zmierzyć. Od momentu kiedy przyznano nam wizy emigracyjne do wyjazdu minęło 5 miesięcy – 5 miesięcy, w trakcie których codziennie budziłam się podekscytowana myślą o wyjeździe, ale i przerażona perspektywą pozostawienia wszystkich bliskich i kraju, do życia w którym przywykłam i w którym wyrosłam. (Powiedzenie „strach ma wielkie oczy” nie wzięło się z niczego 🙂 ) Dodatkowo nasze rodzeństwo i najbliżsi przyjaciele dołożyli wszelkich starań byśmy z ciężkim sercem odlecieli w nieznane – na miesiąc przed odlotem zorganizowali nam super pożegnalną imprezę-niespodziankę! (Dzięki serdeczne raz jeszcze – tęsknimy! <3 ) W dniu odlotu na lotnisku była nasza najbliższa rodzina i część przyjaciół. Ja, z reguły trzymająca emocje na wodzy, tym razem nie potrafiłam się powstrzymać przed uronieniem paru łez przed przekroczeniem bramki… Szymek jak zwykle – twardy jak skała (nadawałby się na agenta jak nikt inny… czasem myślę, że może nim jest 😉 ). Pamiętam zresztą, że w ostatniej chwili cofnęłam się raz jeszcze by przytulić się do moich rodziców i siostry. Chyba nigdy nie zapomnę twarzy żegnających nas osób, które dzielnie starały się trzymać fason, choć miny mówiły same za siebie… Rozpacz mojego niespełna 7-letniego wówczas siostrzeńca I. dodatkowo utrudniła nieuzewnętrznianie własnych uczuć… Po przekroczeniu bramki stała się jednak rzecz niezwykła, której sama nie jestem w stanie wytłumaczyć – rozpacz odeszła i moje myśli skupiły się wokół dzieci, kota i naszej podróży. Zupełnie tak, jakbym cały ciężar, który dźwigałam przez prawie pół roku zostawiła za tą bramką… Aleeee koniec smutów! Czas na konkrety!

Jak właściwie wyglądały nasze ostatnie 6 miesięcy? Z pewnością możemy oboje powiedzieć, że było to sześć najciekawszych miesięcy naszego życia. A oto nasze podsumowanie :

  • sprawy „papierkowe” – wynajęcie domu, opłacanie rachunków, internet, telewizja, lekarz, weterynarz, bankowość, prawo jazdy, kupno auta, rejestracja auta, szkoła, praca (Szymek), podatki – wszystko z czym mieliśmy do czynienia w Polsce, teraz na nowo musieliśmy załatwić w USA;
  • znajomości – mieliśmy szczęście zamieszkać w super sąsiedztwie. Możemy się pochwalić bliską znajomością z naszymi sąsiadami – dwie bardzo fajne pary „dzieciate” w naszym wieku oraz świetni sąsiedzi vis-a-vis nas w wieku zbliżonym do naszych rodziców. Amerykanie może i są powierzchowni, ale również bardzo serdeczni. Ci, których poznaliśmy nie są powierzchowni, ale z pewnością serdeczni. Oprócz tego jesteśmy super zakolegowani z polsko-amerykańską parą, którą poznaliśmy w 2 miesiące po przyjeździe (to była prawdziwa randka w ciemno – zaaranżowane spotkanie przez inną polską koleżankę, hehe) oraz w ciągłym kontakcie z polską parą z naszej uroczej mieściny.
  • pogoda – aaaaaaaaach! jest lepiej niż myśleliśmy. Nasłonecznienie jest identyczne jak w południowych Włoszech (ta sama szerokość geograficzna), choć klimat różny. W Karolinie Północnej panuje klimat subtropikalny – cztery sezony odznaczające się łagodną zimą oraz wilgotnym i gorącym latem.  Wysoka wilgotność i temperatura w lipcu i sierpniu potrafi czasem mocno dokuczyć, ale i tak czujemy, że nie powinniśmy narzekać. Słońce świeci niemalże regularnie od rana do wieczora. Deszcze pojawiają się dość cyklicznie, lecz głównie wieczorami lub nocą i najczęściej nie dają wytchnienia w ogóle. Pamiętam dwa momenty, które mnie mocno zszokowały. Pierwszy, jak byliśmy z Szymkiem sami w pierwszym tygodniu lutego i było ni z tego ni z owego 18 stopni i ciężkie powietrze . Drugi, mój babski wypad w czerwcu z polskimi kumpelami na noc do klubu w Raleigh – o 2:00 złapała nas ulewa, która w ogóle nie przyniosła ulgi!? Było około 28 stopni i (jak mi się wówczas wydawało) bardzo parno… 🙂
  • standard życia – poprawił się nam tu diametralnie. Przez ostatnie lata mieliśmy bardzo ciężką sytuację finansową w Warszawie. Po urodzeniu naszego pierwszego potomka S. nie udało mi się już wrócić do pracy i Szymek był jedynym żywicielem naszej rodziny. Dzieci pojawiały się u nas w krótkim odstępie czasu i potrzeby rosły… Gdyby nie pomoc ze strony naszych najbliższych, bylibyśmy w głębokiej D**** (sorry, ale ten nieco wulgarny zwrot najlepiej odzwierciedla istotę problemu). Na dwa lata przed naszym wyjazdem Szymkowi udało się zmienić zawód z geodety na pracownika IT. Nasz plan zakładał, że Szymek od razu szuka pracy, a ja do końca wakacji siedzę z dziećmi i jesienią też próbuję podjąć pracę (najchętniej w tym co robiłam wcześniej, tj. marketingu). Jesień tuż tuż… 🙂 Życie w Ameryce jest dużo łatwiejsze niż w Polsce – ceny często nieporównywalnie niższe, począwszy od jedzenia (nawet organicznego), poprzez paliwo, na cenach samochodów czy domów skończywszy. Szymkowi udało się znaleźć pracę w 3 tygodnie po przyjeździe (duma <3 ) na dobrych warunkach. Należymy do klasy średniej w Stanach. Z Szymka pensji żyjemy na bardzo przyzwoitym poziomie nie przejmując się zupełnie czy nam starczy do pierwszego. Wiemy doskonale, że początki bywają ciężkie, dlatego codziennie dziękuję Opatrzności, że nad nami czuwa.
  • tęsknota – pamiętacie jak pisałam w którymś z poprzednich postów o słowach mojego taty – „jakbym wyjechał to bym nie tęsknił”? Ja bym to zdanie nieco zmodyfikowała na – „jakbym wyjechał to bym nie myślał o tęsknocie”. Szczerze i z ręką na sercu mogę napisać, że od momentu pożegnania na Okęciu nie miałam nigdy chwili „słabości” czy poczucia rozpaczy z powodu rozłąki. Sama się dziwię, że tak dobrze znoszę brak rodziny i przyjaciół (hmm może to był potrzebny odpoczynek od Was… hahahaha, żaaaaaaaart, KOCHAM WAS <3 ). W czasach wysoko rozwiniętej technologii mogę codziennie rozmawiać z rodzicami, być na bieżąco z siostrą i przyjaciółmi. Oczywiście zdarzają się momenty, kiedy pojawia się poczucie żalu, że jestem daleeeko, ale szczęśliwie pojawiają się rzadko i trwają ułamek sekundy.

Podsumowując: minione sześć miesięcy utwierdziły nas, że pomysł wyjazdu do USA był naszym strzałem w dziesiątkę. Nasz ‚American dream’ to dopiero początek, ale początek, na który z pewnością nie możemy narzekać. Lubimy Amerykę i czujemy się tutaj dobrze. Z natury jesteśmy otwartymi ludźmi i cieszymy się, że udało nam się nawiązać tutaj bardzo fajne znajomości zarówno z Amerykanami, jak i Polakami. Ja zaś przekonałam się, że mimo bardzo silnej więzi z moją rodziną potrafię żyć szczęśliwie również na odległość (oczywiście rozmawiając 1-2 razy dziennie!) oraz bez ich regularnej pomocy przy dzieciach jestem całkiem nieźle zorganizowaną mamuśką 🙂

Dobranoc…/ Dzień dobry… 🙂

7 thoughts on “Pół roku minęło…

  1. Nasza tęsknota też jest do wytrzymania, jeśli Wy jesteście szczęśliwi. Cieszymy się bardzo, że Wasz amerykański sen się spełnił. No i niedługo się zobaczymy. Buziaki

    1. Już nie mogę się doczekać!!! Szymek zresztą też – co tam NYC 😉 Buźka!

  2. Nie mam pms a się wzruszyłam 🙂 <3<3<3
    My także baaaaaardzo się cieszymy, że wszystko układa tak wspaniale Wam się układa.
    I ja, chyba najbardziej ze wszystkich, sceptycznie nastawiona do Waszego wyjazdu (głównie z pobudek czysto egoistycznych=tęsknoty), biję się w pierś. To był bardzo dobra decyzja.
    Tylko nie zapominajcie o nas! Xxx
    K.R.

    1. Hehe mówiłam, że Ameryka fajna jest 🙂 Czekamy na Wasze odwiedziny!!! buziaki p.s. Nie da się zapomnieć o ludziach, z którymi jest się w codziennym kontakcie <3

  3. Bardzo sie cieszę, ze wszystko Wam sie układa, a my juz na poważnie zaczynamy myślec o wycieczce do USA:)

    1. Mam nadzieję, że się widzimy niebawem u nas! 🙂

  4. Dzięki serdeczne! 🙂 Ściskamy mocno i jesteśmy w kontakcie!

Dodaj komentarz